Annemarie, przyjeżdżając do ojczystych, staroświeckich
miasteczek, wkładała swoją najładniejszą, najbardziej dziewczęcą bluzkę,
uważnie, zgodnie z biegiem szwu naciągała rajstopy i udawała się na wizyty.
Kiedy któraś z poważnych surowych dam, nie mogąc się powstrzymać, wspominała swojemu
gościowi o tym, iż wie, że przybywa ze znanej kliniki psychiatrycznej, dokąd
udają się ludzie, by leczyć się z nadużywania środków nasennych i innych
niesłychanych rzeczy, Annemarie, mająca doskonałe maniery, uśmiechała się tylko
grzecznie, z pobłażaniem odpowiadając uprzejmie, że czuje się dobrze i że
dziękuje za okazane zainteresowanie.
– Opowiadano tu, czemu naturalnie nie dawaliśmy wiary, że w
Afryce mieszkałaś z samymi mężczyznami, a nawet spałaś z nimi w jednym
namiocie.
– Wykopaliska wiążą się z pewnymi niedogodnościami, ale za
to są niezwykle ciekawe – odpowiadała Annemarie.
Po czym sięgała po imbryk, z wielką gracją nalewała herbatę
i siadała na swoim miejscu, starannie krzyżując nogi, gotowa na kolejne
dziesięć minut rozmowy.
Ruth Landshoff-Yorck, Annemarie Schwarzenbach
